Summum Ius Summa Iniuria

Lubelski sąd jakiego nie znacie

O Trudney y Pożyteczney Sztuce Cedzenia Komarów

3 komentarze

 

No i doczekaliśmy się wreszcie reakcji rzecznika dyscyplinarnego.

Żeby nie było, że nic się nie dzieje, że w apelacji bezhołowie, sędzia Wójcik tupnął nogą i zabrał się za sprawę sędzi Z. z Białej Podlaskiej. Wbrew wszelkim zasadom rachunku prawdopodobieństwa, to rzadkie zdarzenie zakończyło się jeszcze rzadszym skutkiem. Słuszny gniew został podzielony przez sąd dyscyplinarny i sędzię Z. usunięto z zawodu. Oczywiście nieprawomocnie, jako że sędzia ma jeszcze prawo do odwołania.

Zastanawiamy się w tym miejscu, czy ktoś przypadkiem nie zaliczył kilku uderzeń z baranka o podłogę. Ze sprawy o konkretne nic, bo dotyczącej prywatnych esemesów dwóch panienek, które biły się o faceta, że tylko kiślu brakowało, zrobiono aferę zakończoną usunięciem z zawodu – a więc karą zarezerwowaną dla najpoważniejszych wykroczeń przeciw prawu.

Jak trzeźwo zauważyła prasa, choć faktów tych jakoś nikt nie powiązał (mimo obecności w tym samym artykule), notorycznie zalana sędzia z Krasnegostawu doczekała się jedynie przeniesienia na inne miejsce sprawowania urzędu. Widocznie sąd dyscyplinarny uważa, że poza Krasnymstawem sklepów monopolowych już nie ma, stąd sędzi nie będzie chciało się jeździć po towar taki kawał. Będzie więc trzeźwa w pracy, o ile po drodze do niej nie wpadnie na piwko.

Tutaj pojawia się nam ciekawe zagadnienie: co gorzej wpływa na autorytet wymiaru sprawiedliwości: sędzia, której prywatnie zdarzy się wysłać świńskiego esemesa, o czym nikt prócz adresata nie będzie zresztą wiedział, czy sędzia, która nawalona jak odrzutowiec, kompromituje wymiar sprawiedliwości na oczach kolegów, pracowników, stron i publiczności?

Przypomnijmy też, że sędzia, który zarządził wykonanie, wykonanej już, kary pozbawienia wolności, też nadal pracuje sobie w zawodzie, bo to wszystko była wina asystenta i nie mówmy więcej o sprawie, bo to krępujące. Stąd też pewne wrażenie dysproporcji wali po oczach,żeby napisać delikatnie.

My jednak nie o tym.

Skoro rzecznik dyscyplinarny czuje się w obowiązku zajmować taką sprawą, chcieliśmy się go zapytać dlaczego, jak do tej, pory włos z głowy nie spadł bohaterom naszych wpisów? Czyżby rzecznik ścigał tylko tych, którzy nie mają znajomości i na pewno się nie odgryzą, jednocześnie trzęsąc portkami przed osobami odpowiednio ustosunkowanymi?

Aby rzecznikowi ułatwić pracę, wymieńmy od ręki kilka osób.

Czy Pan Rzecznik zamierza wszcząć postępowanie w sprawie prezesa SO Krzysztofa Wojtaszka, w związku z daleko idącymi wątpliwościami w kwestii obsadzania etatów referendarskich? Czy doczekamy się postępowania odnośnie obsadzenia poza konkursem (obligatoryjnym!) stanowisk asystentów sędziów? W końcu, jak by nie patrzeć, doszło do złamania wprost ustawy o ustroju sądów powszechnych, a więc zdarzenia o dużym ciężarze gatunkowym.

Chcemy też zapytać, czy godności sędziego nie narusza zachowanie Artura Ozimka, który publicznie kłamał w sprawie naboru twierdząc, iż „nie można zostać asystentem, nie przechodząc procedury konkursowej”? Co więcej, czy takie działanie nie jest dużo bardziej szkodliwe społecznie, niż prywatne esemesy?

Warto zainteresować się też sędzią Pietraszko, kolegą z pracy sędziego Wójcika. Instytucja, którą obecnie kieruje sędzia Pietraszko, wysmażyła śliczny raport potwierdzający, że konkursy jak najbardziej się odbyły, choć nie bardzo wiadomo z kim i kiedy. Kiedy sprawa wydała się w blogu i rozlała po prasie, raport zniknął ze strony szkoły, jakby nigdy nic. Pietraszce udało się też wywołać międzynarodowy skandal, kiedy podpisał umowę o współpracy ze zbrodniczym reżimem, a potem pochwalił się tym radośnie na stronie szkoły.

Włos z głowy nie spadł sędziemu Tchórzewskiemu, byłemu prezesowi Sądu Rejonowego w Lublinie, obecnie awansowanemu do Sądu Okręgowego. Rozumiemy, że organizowanie ustawianych naborów, w których wygrywają dzieci sędziów i zarządzających sądem, w żaden sposób nie kłóci się z etyką sędziowską.

Za nabór nie są także, najwyraźniej odpowiedzialni, ówcześni wiceprezesi, a obecni prezesi obu lubelskich sądów, sędziowie Żuk i Wolski. Oczywiście oni również są kryształowi, bo przecież wcale a wcale nie zatrudniali pracowników na zlecenie, co jest wykroczeniem, a w naszym przypadku hurtowym. Przecież wiadomo, że sędziowie za wykroczenia odpowiadają dyscyplinarnie, więc widocznie nasi prezesi nie są winni ani tego, że zatrudniali ludzi zmuszając ich do licytowania się „kto da mniej”, ani tego, że zwolnili ich nie zważając na przepisy.

Postępowaniem, które narusza zaufanie do urzędu sędziego nie było też pewnie uczestniczenie w głosowaniu dotyczącym żony (sędzia Obłoza) czy córki (sędzia Samulak, kiedy normą jest wyłączanie się. Wspomniany sędzia Obłoza został zresztą wiceprezesem po tym, jak stał się sławny dzięki bratu, który we wspomnianym wyżej konkursie dostał się do sądu. Wtedy to sędzia opowiadał gazecie, że on przecież nie miał pojęcia, że brat wpadł na pomysł zatrudnienia się w konkursie i on pierwsze słyszy właśnie w tej chwili, ale jaka to miła niespodzianka.

Panie Rzeczniku Dyscyplinarny, proszę udowodnić nam wszystkim, że heca z sędzią Z. nie jest tylko pokazówką. Proszę pokazać, że taką samą surowością potrafi się Pan wykazać nie tylko wobec osoby, która dopiero co dostała łańcuch, ale także wobec ludzi, którzy są Pana bliskimi kolegami. Fajnie byłoby wiedzieć, że sprawiedliwość działa wobec wszystkich, a nie tylko tych na początku drogi i bez znajomości.

Wszystkie fakty są łatwe do sprawdzenia, wystarczy spojrzeć pod podawane przez nas linki. Słowo dajemy, że jeżeli nie potwierdzą się nasze zarzuty, zamkniemy ten blog i skasujemy całą zawartość.

Umowa stoi?

Aktualizacja: najmocniej przepraszamy jak najbardziej niewinnego w tej sytuacji rzecznika  SA – czyli wspomnianego sędziego Wójcika, który omyłkowo i z przyzwyczajenia został przez nas pomówiony o bycie rzecznikiem dyscyplinarnym. Errare humanum est, ale jak się popełni taki błąd, nie wypada nic innego, jak przeprosić, co niniejszym czynimy.

Written by myrialejean

2012/05/22 at 9:55 am

Napisane w Uncategorized

Okolicznościowo i nie na temat

6 komentarzy

Wyjątkowo nie będziemy pisali o sądzie, a o blogu.

Chcielibyśmy podziękować wszystkim naszym czytelnikom, w tym również tym goszczącym na naszych łamach 😉 Jak bowiem wskazują statystyki, a statystyki to rzecz święta w naszej branży, blog właśnie przekroczył (i to już o kilka tysięcy zresztą) 150 000 odsłon.

Owe 150 tysięcy jest właściwie jedyną rzeczą, która nas zaskoczyła. Nigdy nie spodziewaliśmy się, że blog o naszym lokalnym grajdołku, będzie czytany przez tak wielką rzeszę ludzi. Dość powiedzieć, że jednego tylko dnia blog zaliczył dokładnie 3 149 unikalnych odsłon. A więc jakieś 5-6 razy tyle, ilu pracowników miał Sąd Rejonowy w Lublinie przed wdrożeniem koncepcji, że duże sądy są tańsze i należy je łączyć (w wypadku Lublina – przez podział).

Ciekawe wnioski można też wyciągnąć, jeżeli spojrzy się na miejsce, z którego przychodzą nasi czytelnicy. Duża ich ilość to czytelnicy popularnego forum dla sędziów, na ktorym regularnie linkowane są kolejne wpisy. Już to samo w sobie winno zachęcić firmę Lexus do wykupienia u nas boksów reklamowych 😉 Poczesne miejsce zajmują IP które, jeżeli wierzyć wyszukiwarkom, zarezerwowane są dla pewnego ministerstwa w Warszawie. Pojawiamy się także na forum partii rządzącej.

Dlatego jeszcze raz dziękujemy naszym czytelnikom za to, że poświęcali własny, prywatny czas na czytanie naszego produktu.

Dziękujemy dziennikarzom opiniotwórczych mediów: Gazety Prawnej, Gazety Wyborczej i Radia TOK FM oraz Rzeczpospolitej, za podjęcie tematów, o których tutaj pisaliśmy. Mamy nadzieję, że znajdziecie trochę czasu na zadzwonienie raz na jakiś czas do któregoś z sądów czy MS z pytaniem: i jak się skończyła ta sprawa? Czy osoba za nią odpowiedzialna nadal podejmuje decyzje, czy może została zastąpiona kimś kompetentnym? Bez wątpienia, ludzi mądrych i z dobrymi pomysłami jest w wymiarze sprawiedliwości dużo. Kolejnym dziełem ministerstwa jest jednak uzyskanie ich deficytu na stanowiskach kierowniczych, przy jednoczesnym bronieniu do upadłego osób skompromitowanych i (nazwijmy to dyplomatycznie) intelektualnie nieobdarzonych.

Dziękujemy twórcom oprogramowania TOR 🙂 , a także licznym właścicielom kawiarenek 🙂 udostępniających WiFi (za cenę kawy), z których korzystamy przy zamieszczaniu kolejnych wpisów. Co oczywiste, nikt nie robi tego z własnego domu, gdzie łącze internetowe zarejestrowane jest na jego imię i nazwisko. Stąd też wszelkie rewelacje, zazwyczaj pochodzące z kręgów osób opisanych, iż prezes wie (ale nie powie) od tajnych służb specjalnych 😉 kto należy do spisku, nie są do końca oparte na prawdzie 😉 No, chyba że słyszeliście o masowych aresztowaniach wśród lubelskich właścicieli kawiarni oraz ich personelu 😉

Dziękujemy także wszystkim, którzy zgłosili się do nas z darmowymi radami odnośnie anonimowości w sieci. Dzięki Wam, jesteśmy dużo mądrzejsi i (zapewne) dużo bezpieczniejsi. Naprawdę wzruszające jest, jak dużo ludzi zareagowało pozytywnie na nasze ociekające jadem dzieło 😉 Na koniec: zachęcamy wszystkich, którzy pisali do nas „o naszym sądzie też by się taki blog przydał!” do działania. Jedyne, czego trzeba, to laptop i kawiarnia (choć może nie zawsze ta sama). Z chęcią poinformujemy o powstaniu Waszych blogów na naszych łamach.

Do zobaczenia przy następnym wpisie 🙂

Written by myrialejean

2012/05/07 at 10:48 am

Napisane w Uncategorized

Mleko się rozlało

2 komentarze

W swoisty, właściwy dla naszego chlebodawcy, sposób rozwiązano problem łamania przez nasz sąd praw pracowniczych.

Okazało się, że winę za sytuację ponoszą pracownicy. Aby sprawę załatwić, pracowników zwolniono. Oczywiście – w trybie właściwym zawartej umowy zlecenia, bo gdzież by komuś przyszło do głowy aby zastosować rozwiązanie zgodne z prawem. Przecież to jest sąd, a pozywanie sądu to (cytat za dzisiejszą Gazetą Wyborczą) kuriozum.

Kłopot w tym, że tak się nie da. Każdy, kto kiedykolwiek miał szansę być na aplikacji wie, że zatrudnienie w warunkach określonych przez kodeks pracy jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej umowy. Nie jest też dopuszczalne zastępowanie umowy o pracę umową cywilnoprawną. Zainteresowanych tematem odsyłamy zresztą do treści art. 22 kodeksu pracy, który dość stanowczo te zagadnienia reguluje.

Cała ta sprawa to straszny obciach i żenada. Sąd, który nie przestrzega prawa pracy, to wstyd na cały kraj. Co gorsza, sąd tłumaczy się, że prawo musiał łamać, bo nie było pieniędzy. Ciekawe, czy gdyby sąd był panem Gienkiem, właścicielem firmy budowlanej, to czy takie tłumaczenie by mu przeszło?

Pozostaje mieć cichą nadzieję, że owe zwolnione 50 osób pójdzie do sądu, domagając się stwierdzenia, że są pracownikami a nie zleceniobiorcami. Skutki tego mogłyby być ciekawe, bo przecież pracownika sądu nie można zwolnić w ciągu 7 dni, nie można go też zatrudnić na umowę na czas określony (poza stażem). W konsekwencji owa pechowa pięćdziesiątka, jeżeli dobrze spojrzeć w przepisy, mogłaby wywalczyć nie tylko pieniądze za urlopy, które powinni mieć, ale także etaty sekretarzy sądowych – bo przecież w takich charakterze de facto pracowała.

Chcielibyśmy po raz kolejny zauważyć, że o sprawie pisaliśmy tutaj wielokrotnie i aż do znudzenia. Problem był znany, choć nikt tego jako problemu przecież nie postrzegał. Teraz niezmiernie interesującym aspektem jest odpowiedzialność (prorokujemy: brak odpowiedzialności) osób, które wbrew prawu zdecydowały o takiej właśnie formie zatrudnienia. Jak zauważono na pewnym forum, komentując poprzedni artykuł, jest przecież art. 281 kodeksu pracy, który przewiduje grzywnę do 30 000 zł za zastępowanie umowy o pracę inną umową cywilną, traktując ją jako wykroczenie.

No a czy przypadkiem sędzia, który popełnia wykroczenie, nie podlega odpowiedzialności dyscyplinarnej? No ale czy ktoś wierzy, że rzecznik dyscyplinarny weźmie się za prezesa? Przecież to by dopiero był wstyd…

Written by myrialejean

2012/04/24 at 9:04 am

Napisane w Uncategorized

Stultum facit fortuna, quem vult perdere

8 komentarzy

Zapewne pamiętacie, jak wylewnie na naszym blogu żegnaliśmy sędziego Czaję. Szczęśliwie ten wspaniały człowiek pozostawił po sobie godnego zastępcę, który niewątpliwie potrafi wnieść dużo hmm… świeżego podejścia do swojej nowej pracy.

Kiedy rozmawia się z sędziami delegowanymi do pracy w ministerstwie, kiedy słucha się ich w telewizji, bądź czyta ich światłe wypowiedzi, przychodzi czas na chwilę refleksji. To jest ten moment, kiedy się zastanawiamy, czy osiągnięcie wyżyn ignorancji, dostępnych jedynie dla osób dysponujących wahadłowcem i specjalnym ekwipunkiem do oddychania, jest cechą wrodzoną, czy też wymaga przejścia specjalistycznych i elitarnych kursów oferowanych przez MS? Czy może jest tak, że nabór sędziów jest okazją dla prezesów i przewodniczących do pozbycia się ludzi, którzy kompletnie nie nadają się do sądzenia?

Smutne przemyślenia, którym się oddaliśmy, były wynikiem poniższego artykułu:

http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/593487,w_lublinie_ma_powstac_centrum_obslugi_administracyjnej_sadownictwa.html

Szczególnie spodobała nam się ttuaj wypowiedź sędziego Wałłejki, z którego to ust wypsnęła się następująca mądrość:

„Obecny na konferencji wiceminister Grzegorz Wałejko, który jest pomysłodawcą utworzenia centrum, powiedział, że chodzi o przesunięcie kadr obecnie zajmujących się obsługą księgową czy kadrową w sądach – których jest kilkaset w Polsce – do pracy w sekretariatach, na stanowiska np. sekretarzy sądowych czy asystentów sędziów, bo tam są, jak powiedział, „niedostatki”.”

Oczywiście nie mamy nic przeciwko zagonienia pań z finansowego do prawdziwej pracy. Wypowiedź Wałłejki można jednak porównać do stwierdzenia, że wzrost bezrobocia wśród dojarek kóz na Pomorzu rozwiąże problem braku spawaczy na Podhalu.

Wypowiedź ta jest podwójnie durna, bo inaczej już się tego nie da nazwać, stoi bowiem nie tylko w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem (co akurat urzędasom z MS nigdy nie przeszkadzało) ale i wprost z ustawą o ustroju sądów powszechnych. Warto pamiętać, że USP to podstawowa ustawa w sądzie i znać ją musi każdy.

Jak to jest więc możliwe, że wiceminister (!) nie ma pojęcia, że księgowy nie może zostać asystentem, bo nie jest prawnikiem, tylko właśnie księgowym? Nawet osoby o bardzo przeciętnym ilorazie inteligencji rozumieją, że różne zawody to różne kwalifikacje i różne umiejętności, w związku z czym nie da się zastąpić elektryka proktologiem (i na odwrót). Co więcej, do zrozumienia, że księgowy nie może zostać asystentem wystarcza umiejętność czytania na poziomie trzeciej klasy szkoły podstawowej. Niestety, jak widać są to kwalifikacje nieosiągalne.

Wydaje się, że w dziedzinie mody na ignorancję, jaka zdaje się panować wśród rządzących, został właśnie zapoczątkowany nowy trend, którego gwiazą stał się minister Wałłejko. Dodajmy, minister który jest byłym sędzią SO w Lublinie – choć od 9 lat nie pokalał się on sądzeniem.

Pozostaje tylko cierpliwie oczekwiwać na kolejne osiągnięcia naszej lubelskiej supergwiazdy w dziedzinie ignorancji. Bo nikt się przecież nie łudzi, że jest to jednorazowe. Przecież aby palnąć coś takiego, trzeba było długo trenować, a nauka w las nie idzie. Gdzieś te umiejętności w dziedzinie wprost przeciwnej do inteliencji muszą zostać uwolnione. W końcu natura ma swoje prawa.

Written by myrialejean

2012/03/24 at 10:16 am

Napisane w Uncategorized

Numer 50

4 komentarze

Działania nowego Ministra (a także jego zastępców, o czym w kolejnym wpisie) są wyjątkowo inspirującym materiałem. Ostatni asumpt do refleksji dała sobotnia konferencja odnośnie otwierania zawodów – czyli ustawy deregulacyjnej.

Od początku musimy zaznaczyć, że zupełnie szczerze (piszemy serio) jesteśmy za i trzymamy kciuki. Trudno jest sensownie polemizować ze stanowiskiem proponującym uproszczenia w naszym prawie.

Mamy jednak propozycję dla Pana Ministra. Chcielibyśmy w tym miejscu publicznie prosić o dopisanie do listy 49 zawodów, które mają zostać poddane deregulacji, zawodu numer pięćdziesiąt.Chcielibyśmy wskazać zawód, który nie dość, że łatwo jest deregulować, to jeszcze leży on bezpośrednio w gestii Ministra. W końcu wszelkie reformy powinno się zaczynać od siebie.

Otóż zgłaszamy propozycję, aby Pan Minister dokonał otwarcia zawodu sędziego.

Wszlkie przedstawione na konferencji prasowej argumenty idelanie pasują do naszej propozycji. Uwolnienie zawodu sędziego byłoby faktycznie usunięciem pierwszej cegły „w murze barier biurokratycznych i przywilejów, które zapewniły sobie rozmaite korporacje”.

Korporacja sędziowska, z którą mamy do czynienia w Lublinie, zapewniła sobie przywileje idące dużo dalej, niż taksówkarze czy notariusze. Możliwość zapewnienia własnemu dziecku, bądź żonie, atrakcyjnej pracy do końca życia, z wysoką pensją uiszczaną przez budżet państwa jest czymś, czego nie udało się osiągnąć żadnej z 49 wymienionych korporacji. O tym, że tak się dzieje, pisaliśmy wielokrotnie, za każdym razem przedstawiając dowody, które każdemu umożliwiają weryfikację naszych tez.

Obecna sytuacja jest patologiczna w stopniu wręcz absurdalnym W sądownictwie właściwie nikt się n awet nie kryje, kiedy przed zgromadzeniem SO sędziowie biegają od pokoju do pokoju prosząc o gołosy na taką lub inną kandydatkę. Sędziowie wizytatorzy, którzy mieli stać na straży tego procesu, gorliwie współpracują z odpowiednimi osobami.

Przesadzamy? Jeżeli tak, to prosimy o wyjaśnienie, jak to sie stało, iż w opinii małżonki prezesa Obłozy zabrakło wzmianki, iż większość okresu, w którym „nabywała doświadczenie” jako referendarz, przebywała albo na zwolnieniu albo na urlopie macierzyńskim. Rozumiemy, iż zdaniem wizytatora, zmienianie pieluch małemu zasrańcowi, pozwala na zdobycie unikalnych umiejętności, niezbętnych przy pracy orzeczniczej. Co więcej – umiejętności które inni zdobywali ciężko pracując w swoich wydziałach. Opinia o Monice Obłozie (napisana w samych superlatywach) nie wyjaśnia także co jest tak wybitnego w klepaniu hurtem nakazów zapłaty w esądzie – bo tylko to żona Pana Prezesa robiła przez CAŁY okres niezbędny do mianowania. Naprawdę będziemy się oszukiwać, że jest mmiejsce na jakiekolwiek wykazanie się umiejętnościami prawniczymi w sytuacji, gdy esąd załatwia około 20 000 nakazów zapłaty w ciągu 3 – 4 dni? Bo taki nieoficjalny rekord padł w drugiej połowie ubiegłego roku. Będziemy się oszukiwać, że jest to merytoryczne wykonywanie czynności, które powoduje nabycie umiejętności, przydatnych w orzeczniczej pracy sędziego?

Co więcej, korporacja sędziowska, decydując o przyjęciu do zawodu dzieci i małżonków prominentów, nawet nie próbuje zachowywać pozorów, że jest tu choć cień uczciwości. Bo czy można mówić o czymś takim, skoro ze zgromadzenia nie wykluczyli się ani prezes Obłoza, ani prezes Samulak? No bo w końcu co złego się stało, że się zagłosowało na żonę czy córkę? Miało w obce ręce pójść?

Na koniec cytat: „Po czerwcu 1989 r. mogłem wrócić do sądzenia. Teraz nie miałbym żadnych szans. Wiem, bo sondowałem temat. Poradziłbyś sobie, powiedział mi ktoś ważny, ale nie jesteś już swój. Zająłbyś czyjeś miejsce.”

Autorem tych słów jest adwokat Krzysztof Stępiński. Pochodzą one z artykułu jego autorstwa (Ostrożnie z brylantami, ministrze sprawiedliwości), opublikowanego w Rzeczpospolitej w dniu 28 lutego bieżącego roku. Skoro więc w nobliwej i poczytnej gazecie (w której publikują też teksty osoby z lubelskiego sądownictwa) pojawiają się tak szczere i wstrząsające głosy, dziwnie zbieżne z tym, o czym piszemy tutaj od półtora roku, to chyba najwyższy czas na reformy.

Odwagi, Panie Ministrze. Proszę pokazać, że działa Pan racjonalnie, kierując się dobrem publicznym oraz chęcią zwalczania patologii. Proszę „otworzyć” zawód sędziego (a wraz z nim zawód referendarza i sekretarza sądowego – o cudach, jakie dzieją się przy naborach pisaliśmy wielokrotnie). Dalsze utrzymywanie systemu rodzinnego będzie tylko godziło w resztki dobrego imienia sądownictwa. Za parę lat może już nie być nawet tego.

***

Dla chętnych, link do całego artykułu tutaj:
http://www.rp.pl/artykul/757643,830085-Zawody-regulowane–Reforma-wymiaru-sprawiedliwosci-ministra-Jaroslawa-Gowina.html

Written by myrialejean

2012/03/06 at 11:20 am

Napisane w Uncategorized

Najpotężniejszy z prawników

6 komentarzy

 

Tym razem nie będzie śmiesznego czy ironicznego wpisu. Będzie poważnie.

Jakiś czas temu zbiegły się dwa wydarzenia.Media doniosły, że były już minister Kwiatkowski został uznany za najbardziej wpływowego prawnika w kraju. Równocześnie pojawiła się inna informacja, wspominająca o tragicznych skutkach rządów jaśnie potężnego – apelacja Alesia Bialackiego, białoruskiego opozycjonisty, została przez tamtejszy sąd odrzucona. Tym samym, utrzymany został w mocy wyrok 4,5 roku (!) kolonii karnej (!!), na który został on skazany. Wyrok został potępiony m.in. przez nasz MSZ oraz przedstawicieli sceny politycznej. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj.

Do tej tragedii nigdy by nie doszło, gdyby nie zaangażowanie polskiego wymiaru sprawiedliwości pod światłym kierownictwem Krzysztofa Kwiatkowskiego. To bowiem nasze organy dostarczyły białoruskim władzom informacje o zupełnie legalnych kontach organizacji Bialackiego.  Skutek jest taki, że Bialacki jedzie na 4,5 roku do kolonii karnej. Pamiętajmy, że mówimy o Białorusi. Może on więc z kolonii w ogóle nie wyjść. W czasie wykonywania kary reżim z pewnością nie przepuści okazji do tortur. Jeżeli Bialacki w ogóle wyjdzie, to zapewne zakażony żółtaczką czy też inną gruźlicą.

Tymczasem w Polsce, człowieka będącego szefem i twarzą resortu, który zakapował Bialackiego, z dumą wybieramy „najbardziej wpływowym prawnikiem”. Choć biorąc pod uwagę, że jego wpływy sięgnęły aż na Białoruś, to może coś w tym jest?

Wielokrotnie pisaliśmy na tym blogu o głupocie, niekompetencji i świadomym łamaniu prawa jakie ma miejsce w naszym resorcie. Wskazywaliśmy, że dobór kadr według klucza rodzinno – znajomościowego, prowadzi do zatrudniania osób bezmyślnych w stopniu nieprzeciętnym.

Przykładem tego, była wyciągnięta przez nas rok temu afera, dotycząca umów szkoleniowych z torturującą więźniów dyktaturą. Temat przebił się do mediów, gdzie przez tydzień min. Kwiatkowski powtarzał, że było to tylko niewinne niedopatrzenie, że w umowie chodziło o coś innego, niż nam się wszystkim wydaje, a żadnego problemu nie ma. Afera ta była czytelnym sygnałem, że osoby odpowiedzialne w resorcie za sprawy transgraniczne są, delikatnie mówiąc, niekompetentne.

Mimo tego min. Kwiatkowski nie wyciągnął jakichkolwiek wniosków czy też konsekwencji z tej żenującej sytuacji. Krytyka spłynęła jak woda po kaczce, sprawa zeszła z pierwszych stron gazet. Oczywiście nie dokonano jakichkolwiek zmian, które mogłyby zapobiec takim sytuacjom w przyszłości. Jedynie dokonano okrojenia artykułu, w którym sędzia Pietraszko chwalił się genialną umową z gotującym ludzi żywcem reżimem.

Tymczasem, kilka miesięcy później, ten sam resort zniszczył życie Alesiowi Bialackiemu. Rząd RP, i nie ma w tym żadnej przesady, zdradził człowieka, którego miał wspierać.  Potem oczywiście tłumaczono, że przecież strona białoruska złożyła wniosek fałszywie umotywowany. Szanowny Panie Ministrze, a mieli napisać, że potrzebuje tych danych do zniszczenia opozycjonisty?

Głupota i niekompetencja to niszczycielskie czynniki. Przez cały swój okres urzędowania Krzysztof Kwiatkowski zrobił wiele, aby obecny, chory system zabetonować. Minister wiedział, że w jego resorcie źle się dzieje, bo sygnały o tym docierały nie tylko drogą wewnętrzną. Wystarczyło spojrzeć na pierwsze strony gazet. Mimo tego Krzysztof Kwiatkowski nie zrobił zupełnie nic, wychodząc chyba z założenia, że im bardziej krytykują, tym bardziej trzeba pozostać na kursie.

A teraz my organizujemy fetę na rzecz „najbardziej wpływowego prawnika RP”.  W każdym normalnym kraju taka osoba byłaby na zawsze wyłączona z życia publicznego, zapewne jeszcze postawionoby jej zarzuty prokuratorskie.

Mamy więc dwa pytania. Co najpotężniejszy z prawników Krzysztof Kwiatkowski zamierza zrobić w sprawie uwolnienia  Alesia Bialackiego i zadośćuczynienia mu za zniszczenie życia?

Oraz drugie, do szerszego gremium. Czym różni się zakablowanie białoruskiego opozycjonisty od tego, co zrobił powszechnie potępiany Lesław „Ketman” Maleszka?

 

 

Written by myrialejean

2012/02/07 at 11:07 am

Napisane w Uncategorized

Nie będzie niczego

5 komentarzy

Są takie chwile, kiedy żałujemy tego, co zostało napisane na tym blogu.

W ostatnim tekście zaproponowaliśmy frontmanowi MS zarysy nowej reformy. Sugerowaliśmy, parafrazując klasyka ;), likwidację wszystkiego. Niestety, mamy wrażenie efektu, który porównać można z gaszeniem pożaru benzyną.

Kilka dni później na łamach Dziennika Polskiego ukazał się wywiad z Jarosławem Gowinem, pod znamiennym tytułem „Sądów nie będzie ale sędziowie zostaną”. Poziom logiki wypowiedzi jasno wskazuje, iż autor zdania „nie będzie niczego” (z którego bezczelnie drwiliśmy) został chyba doradcą frontmana MS. Jak się wydaje, jest to realizacja, objawionej w wywiadzie z Rzeczpospolitą zasady, iż im mniej się ktoś zna na tematyce, tym lepiej. Zwłaszcza przy reformach. W końcu przy służbie zdrowia się to sprawdziło.

W rzeczonym wywiadzie, frontman MS ujawnił jeden z kluczowych punktów reformy. „(…) w wyniku informatyzacji, te wydziały (wydziały ksiąg wieczystych – przyp. red.) będą likwidowane, i to we wszystkich sądach – być może w ciągu dwóch lat. Dostęp do Ksiąg Wieczystych już wkrótce będzie przez internet.” powiedział frontman Gowin.

Tak, wiemy co napisaliśmy w poprzednim artykule. Chcielibyśmy jednak w tym miejscu wyjaśnić, że niniejszy blog posługuje się takimi narzędziami jak sarkazm,ironia czy też humor (w tym niewyszukany), w celu opisywania absurdów sądownictwa. Polegamy tutaj na inteligencji czytelników, choć jak widać, bywa to czasami założenie poczynione lekkomyślnie 😉

Jak głosi dobrze sprawdzona plotka, powyższe pomysły są wynikiem fascynacji frontmana sądem elektronicznym. Jarosławowi Gowinowi esąd bardzo się podobał, czego zresztą nie krył jeszcze podczas wizyty.

Problem w tym, że esąd, czyli wydział wydający wyłącznie nakazy zapłaty w postępowaniu upominawczym, to nie wydział ksiąg wieczystych. Jako osoba czysta, nie skażona prawniczą wiedzą, frontman MS może nie wiedzieć, że tak właściwie esąd powinno się nazywać „Sądem Honorowym”. Wynika to z centralnej zasady jego działania, to jest zasady Słowa Honoru. Spieszymy donieść, że WSZYSTKIE nakazy w esądzie są wydawane tylko dlatego, że referendarz wierzy powodowi na Słowo Honoru, iż ten pisze prawdę. A przynajmniej takie jest urzędowe domniemanie.
Esąd jest sądem tylko z nazwy, jako że żadnego sądzenia tutaj nie ma. Sądzenie oznacza bowiem rozpoznawanie wniosków dowodowych, a następnie ocenę dowodów w celu ustalenia stanu faktycznego. W EPU coś takiego nie istnieje, jako że dowody przed referendarza w ogóle nie docierają. Jedyne, co strona musi złożyć, to pozew, a więc jej własne oświadczenie, że pan X jest mu winien milion złotych. Referendarz musi uwierzyć, że to prawda. Musi też uwierzyć, że dowody, o których wspomina strona, rzeczywiście istnieją. Dowodów tych referendarz nie widzi na oczy, jako że system EPU nie przewiduje możliwości załączenia do pozwu czegokolwiek.

Podsumowując: do orzecznika w EPU dociera jedynie tekst pochodzący od powoda (a więc osoby mającej interes w konkretnym rozstrzygnięciu i nie mającej interesu w uczciwym traktowaniu pozwanego). Stąd też co i rusz okazuje się, że adres podany przez powoda zupełnie przypadkiem nie jest adresem pozwanego, co powoduje konieczność „odkręcania” postępowania, które już jest na etapie egzekucji.

Tłumacząc to na język nieprawników: procedowanie bez możliwości obejrzenia dowodów (lub też nawet możliwości sprawdzenia, czy dokumenty na które powołuje się powód w ogóle istnieją!) daje pewne 😉 pole do nieprawidłowości. Pole to jest oczywiście eksploatowane bezlitośnie, co zresztą było łatwe do przewidzenia.

W tym kontekście zastanawiamy się, jak w ciągu dwóch lat nowy frontman MS ma zamiar zinformatyzować, zinformatyzowane przecież, wydziały KW, likwidując ich fizyczne zaplecze? Bo nie może tu chodzić do dostęp do ksiąg przez internet – ten bowiem jest realizowany już od lat przez stronę samego MS.

Jak więc ma wyglądać reforma? Ma powstać taki esąd, tylko dla ksiąg? Ale przecież warunkiem sine qua non istnienia esądu jest właśnie zasada Słowa Honoru, wyrażająca się w rozpatrywaniu gołego wniosku, bez dołączonych jakichkolwiek dowodów, wypisów, aktów notarialnych i tym podobnych. O ile jako tako funkcjonuje to w wypadku EPU (ze względu na łatwość wnoszenia sprzeciwu, w którym nawet nie trzeba nic podnosić), to nie ma to prawa zadziałać w wypadku ksiąg wieczystych. Tutaj bowiem podstawą jest bezpieczeństwo obrotu oraz szereg domniemań wynikających z takiej a nie innej treści księgi. Jest to oczywiste dla każdego, kto w czasie aplikacji spędził te kilkanaście dni w księgach wieczystych, choć w wypadku obecnego frontmana takie doświadczenia uznanoby za obciążające.

Tak więc niedługo nie będzie niczego, wszystko zostanie zlikwidowane (i zapewne zaraz otworzone na nowo, w celu statystycznego usunięcia zaległości). Mamy tylko nadzieję, że kiedy już ostatni wydział KW upodobni się do esądu, jedną z pierwszych ofiar nowego systemu będzie szanowny pan frontman MS. Bo co stanie na przeszkodzie, aby przez internet złożyć oświadczenie, że jest się właścicielem domu ministra, potem go sprzedać i zniknąć z pieniędzmi, zanim rozpocznie się postępowanie eksmisyjne ministra i rodziny?

Written by myrialejean

2012/01/13 at 5:49 pm

Napisane w Uncategorized