Summum Ius Summa Iniuria

Lubelski sąd jakiego nie znacie

Archive for Październik 2012

eMeS.Watch patrzy!

leave a comment »

I uczy się erystyki.

Jak już wspomnieliśmy w poprzednim wpisie, rośnie nam konkurencja 😉

2 września bieżącego roku, pod adresem emeswatch.blogspot.com zadebiutował blog eMeS.watch. Autorka bloga (jeżeli tu się pomyliliśmy prosimy o korekte w komentarzach, będziemy publikować sprostowanie) postanowiła rozszerzyć dywersyjno – terrorystyczną działalność, jaką już od jakiegoś czasu prowadziła na portalu facebook. Ponieważ wzięła na widelec ministerstwo, w ciągu miesiąca zaliczyła większą ilość publikacji, niż nasz blog w dwa lata.

Na eMeS.watch warto zajrzeć przede wszystkim dlatego, że blog ten analizuje powszechnie dostępne (bądź też udostępniane na wniosek) dane, punktując wpadki, głupoty oraz propagandowe bzdury mocniej i lepiej, niż Witalij Kliczko Adamka w ubiegłym roku.

W jednym z ostatnich wpisów „PIASKOWNICA, CZYLI SZTUKA PROWADZENIA SPORÓW MINISTERSTWA SPRAWIEDLIWOŚCI „ blog pastwi się nad porażającymi profesjonalizmem odpowiedziami Ministerstwa Sprawiedliwości. Strona internetowa Ministerstwa jednego z krajów UE służy bowiem, zdaniem jej autorów, nie do pozyskiwania informacji o wymiarze sprawiedliwości, a jako tuba propagandowa. Dlatego więc pierwszą rzeczą jaka się na niej ukazuje, są ogłoszenia parafialne, znalezienie zaś istotnych danych wiąże się z dłuższym kopaniem. Ogłoszenia zazwyczaj sprowadzają się albo do mówienia, że deszcz pada do góry albo też, w co bije nasza konkurencja, do polemizowania z tymi, co twierdzą, że jednak pada do dołu. Zazwyczaj metodą twierdzenia, że przecież u nas Syjoniści biją Murzynów, a pod Grunwaldem nasi walczyli za wolność naszą i waszą.

Polecamy zresztą następujący eksperyment: przeczytajcie sobie kilka – kilkanaście odpowiedzi MS , a potem obejrzyjcie ten film.

Prawda, że ta sama metoda?

Chcieliśmy jednak zauważyć, że to, co zauważyła konkurencja, to nihil novi. Prawa autorskie do metody posiadają bowiem sędziowie z lubelskiego Sądu Okręgowego.

17 grudnia 2010 roku opublikowaliśmy informację, iż prezes Wojtaszek był uprzejmy dokonać czynu polegającego na przyjęciu do pracy asystentów sędziów bez jakiegokolwiek konkursu. Stało się tak pomimo tego, że konkursy takie były obowiązkowe (https://summumius.wordpress.com/2010/12/17/creative-asystent/). Krótko mówiąc – prezes dla własnej wygody uchylił sobie ustawę.

Z uwagi na to, że dużo ciekawszym tematem dla prasy był wtedy organizowany przez ówczesnego prezesa Tchórzewskiego „nabór do sądu rodzinnego”, sprawa nie zyskała rozgłosu, nawet pomimo faktu, iż wśród awansowanych znalazła się przypadkiem synowa jednego z sędziów.

Komuś jednak musiały zadrżeć kolana, jako iż niebawem z pomocą Wojtaszkowi przyszedł jego kolega, sędzia Pietraszko z Sądu Apelacyjnego, wówczas już dyrektor lubelskiego Hogwartu. W tekście, który opublikowaliśmy 10 stycznia 2011 roku, opisaliśmy stworzoną przez KSSiP dokumentację, opublikowaną zresztą na stronach Szkoły. Dokumentacja ta, co można byłe wówczas samemu sprawdzić, fałszywie poświadczała, że konkurs się jednak odbył (https://summumius.wordpress.com/2011/01/10/virtual-reality/).

Sprawa ta była oczywista. Nasze rewelacje można było zweryfikować po prostu klikając w podane w artykule linki, prowadzące do dokumentacji wytworzonej właśnie przez SO i KSSiP, które to niechcący ukręciły bat same na siebie. Musiało to zresztą zrobić pół Polski, bo zanim dokumentacja w tajemniczy sposób zniknęła ze strony, sprawą zajęły się ogólnopolskie gazety.

I wtedy właśnie zaczęto testować metodę, którą teraz stosuje MS (czyżby wykupili franczyzę?). Otóż rzecznik lubelskiego Sądu Okręgowego stanął ponad dosyć niewygodną dokumentacją i stwierdził, że blog nie pisze prawdy, komunikat był nieprecyzyjny, a poza tym to nie można zostać asystentem bez konkursu. Oczywiście należy się zgodzić z tym, że nie można, co nie zmieniało faktu, że lubelski SO właśnie tak pozyskał nowych pracowników.

Jak widać logika dosyć często pada ofiarą wyjaśnień prominentów polskiego sądownictwa. Nikomu to w zasadzie nie przeszkadza, bo przecież nie o prawdę czy prowadzenie sądów zgodnie z prawem tu chodzi. W tym miejscu warto zauważyć, że nie ma co oburzać się na Gowina o to, co powiedział na temat szanowania przepisów. Te są bowiem od lat olewane przez sędziów we wszystkich instancjach i do tej pory nikomu to nie przeszkadzało. Obserwując falę oburzenia, jaka przewaliła się przez media po wypowiedzi frontmana nie przypominamy sobie, aby coś podobnego miało miejsce po ujawnieniu przez nas wyżej wspomnianych nieprawidłowości w wykonaniu prezesa Wojtaszka i ekipy. A mówimy tylko o asystentach, bo ustawianie nominacji referendarskich przez lubelski SO to temat rzeka.

Ciekawi tylko jesteśmy kiedy w ogłoszeniach parafialnych MS zaczną znajdować się odpowiedzi na zarzuty blogów?

Reklamy

Written by myrialejean

2012/10/27 at 7:39 am

Himalaje hipokryzji

leave a comment »

Wunderkind lubelskiego sądownictwa powróciło tym razem w roli komentatora. Jacek Czaja, którego tak rzewnie żegnaliśmy na łamach naszego bloga, najwyraźniej ma zbyt mało pracy w ramch swojego referatu (co zresztą nie dziwi).

Po zadziwiającym (choć tylko osoby nie związane z sądownictwem) awansie do Naczelnego Sądu Administracyjnego, były podsekretarz stanu nie może sobie znaleźć miejsca z dala od kamer. Warto w tym miejscu przypomnieć, że awans z lubelskiego WSA do NSA nie wynikał ze świetnego dorobku orzeczniczego, jak to winno mieć miejsce. Jacek Czaja poszedł do NSA ponieważ, oględnie mówiąc, wylano go z Ministerstwa Sprawiedliwości. Obyczaj jest jednak święty, stąd też aby tradycji stało się zadość, delegowany sędzia nie powrócił na pierwotne stanowisko. W zamian za to dostał „kopniaka” do wyższej instancji.

W tym miejscu rodzi się pytanie, istotne zwłaszcza w kontekście odkrycia w Gdańsku, iż niektórzy sędziowie nie do końca rozumieją pojęcie niezawisłości: dlaczego osobę, która przez kilka lat ślepo i wbrew elementarnej wiedzy prawniczej, posłusznie wykonywała polecenia służbowe, przeniesiono do Naczelnego Sądu Administracyjnego – a więc swoistego Sądu Najwyższego do spraw administracyjnych? Czy serio będziemy się oszukiwać, że osoba nauczona słuchać poleceń zwierzchników rozumie jeszcze pojęcie niezawisłości? Czy możemy mieć pewność, że gdyby zadzwonił do niego asystent asystenta asystenta asystenta sekretarki premiera (w rzeczywistości bezrobotny wannabe dziennikarz skandalista), mając wizję powrotu do polityki, oprze się on sugestiom co do terminu czy sposobu załatwienia sprawy? Czy aktywny polityk, a takim był Czaja, powinien w ogóle sądzić? Mamy przecież regulacje, które wymagają od sędziego gwarancji bezstronności, których Jacek Czaja, nie oszukujmy się, już nie spełnia.

Gdyby nawet pominąć te wątpliwości, problem z Jackiem Czają jako sędzią (nawet WSA) pojawia się też w innym miejscu.

Opublikowany w Rzeczpospolitej artykuł to Himalaje hipokryzji. Do dialogu i poszanowania prawa nawołuje bowiem osoba, która programowo była głucha na wszelkie uwagi, zaś szanowała przepisy w stopniu takim samym, jak chuligan rzucający wyłamanym krzesełkiem na meczu. Artykuł ten porównać można do sytuacji, w której koncern BP rozpocząłby kampanię w celu wprowadzenia przez konkurencję wyższych standardów bezpieczeństwa na platformach wiertniczych w Zatoce Meksykańskiej.

Z całą powagą należy podkreślić, iż Jacek Czaja był właśnie takim politycznym chuliganem. Będąc sędzią, a więc osobą mającą (podobno) szczególną świadomość prawną, lekceważył przepisy nagminnie i bezceremonialnie. Lista jego wpadek jest dłuższa, niż pasek od spodni dla Grycanki. Tym samym należy postawić pytanie: czy osoba, która wielokrotnie lekceważyła przepisy konstytucji oraz innych ustaw w dalszym ciągu daje rękojmię właściwego pełnienia funkcji sędziego? Czy jest to osoba, o której można stwierdzić, że jest przydatna do zawodu, skoro albo nie zna, albo też woli nie stosować, przepisów które jej nie pasują? Czy tak jawne lekceważenie prawa, jakim wykazywał się sędzia Czaja, nie powinno raczej stanowić podstawy do usunięcia go z zawodu zamiast awansowania do najwyższego szczebla sądownictwa?

Pytanie jest o tyle zasadne, że przecież Jacek Czaja przez cały czas pracy w MS był sędzią, a więc miał obowiązek zachowania godnego sędziego i postępowania zgodnie ze złożonym ślubowaniem. Skoro wspominaną już na blogu sędzię Z. można było usunąć z zawodu za świńskie smsy, to czy w zawodzie powinien pozostać sędzia, który otwarcie naruszał konstytucję?

W tym miejscu odsyłamy czytelników do konkurencji 😉 w postaci bloga eMeS.Watch (http://emeswatch.blogspot.com/) . W artykule pod wiele mówiącym tytułem „Zapomniał wół jak cielęciem był, czyli czemu czasami warto podarować sobie splendor” (http://emeswatch.blogspot.com/2012/10/zapomnia-wo-jak-cieleciem-by-czyli.html) autorka trafnie acz boleśnie wypunktowała wtopy, jakie zaliczył Jacek Czaja.

Skoro więc takie osoby nadal znajdują miejsce w bezmiarze niesprawiedliwości wymiarze sprawiedliwości, a jeszcze są awansowane na najwyższe stanowiska, to nie ma się co dziwić, że tak jak przy okazji Amber Gold, będą wypływały kwiatki w postaci osób, które nigdy nie powinny sądzić.

Swoją drogą ciekawe jak długo na stanowisku minstra statystyki pociągnie jeszcze Jarosław Gowin. Artykuł, jak by nie patrzeć, stanowi bowiem wyraz buntu Dworu Sędziowskiego z ministerstwa. A warto pamiętać, że oni tam byli przed Gowinem i zadbają, żeby być długo po nim. Frontmanów można zmieniać, zaplecze zawsze jest to samo.

Written by myrialejean

2012/10/20 at 8:28 am

Napisane w Uncategorized

Koniec Bizancjum, czyli reforma reformy.

with one comment

W Rzeczpospolitej z 14 września bieżącego roku opublikowano wywiad z obecnym frontmanem MS, Jarosławem Gowinem.

Oczywiście frontman nie byłby sobą, gdyby w rozmowie nie padły liczne bon moty czy lapsusy. I tak frontman błysnął myślą, iż „Jak sądy rejonowe mają funkcjonować sprawnie, skoro połowa sędziów to funkcyjni? Chcę ukrócić to Bizancjum.”

Pierwszy komentarz, jaki przychodzi do głowy każdej sensownej osobie która, w przeciwieństwie do frontmana i załogi Ministerstwa Statystyki Sprawiedliwości, pracuje w sądzie, da się zilustrować jednym obrazem (wartym więcej, niż tysiąc słów):

Rewelacje te zbiegają się z  podaną w ostatni weekend informacją że likwidowało się będzie sądy poniżej 9 sędziów. Te, które mają 10 mają się ostać.

W tym miejscu należy postawić interesujące pytanie: dlaczego? Dlaczego nagle sądy mające 10 sędziów stały się efektywne, kiedy od dłuższego czasu słychać, że były nieefektywne? Mamy rozumieć, że nagle sądy te wzięły się do roboty i fedrując po godzinach wyrobiły 200% normy, natomiast lenistwo nadal panuje w dziewięcioosobowych i mniejszych?

Reforma reformy obnaża w tym miejscu swoje oderwanie od rzeczywistości. Przygotowując główną reformę nikt tak naprawdę nie dokonywał jakiejkolwiek rzetelnej analizy potrzeb i braków sądownictwa. Wymyślono, że będzie się likwidować, potrzeba więc było jakiegoś kryterium. Padło na 10 bo to jest dobra liczba, ładnie kojarząca się, okrągła i w ogóle fajna. Jest top 10 przebojów, najbardziej poszukiwana 10, 10 klasycznych filmów itp itd. Wyobrażacie sobie Mojżesza schodzącego z góry z tekstem „Hej, wyobraźcie sobie, spotkałem Jahwe i dał mi 9 przykazań”? Prawdopodobnie wróciłby do Egiptu zapakowany w paczkę adresowaną do faraona.

Tak więc 10 to ugruntowana w naszej kulturze liczba, która nie powoduje zadawania pytań. Postanowiono z niej skorzystac również tym razem, aby nie wydało się, że założenia reformy po prostu ściągnięto z sufitu. Na to jednak wskazuje bezproblemowe zejście z granicy 10 do 9 sędziów. Jakie merytoryczne argumenty za tym stoją? Bo takie rzeczy, jak przejście PSL do koalicyjnej opozycji można pominąć. Albo mamy wyliczenia z których wychodzi, że koszty i czas rozpoznawania spraw przy takiej a takiej a takiej ilości sędziów wynoszą tyle i tyle, albo zapomnijmy o opowiadaniu o oszczędnościach – bo równie dobrze można po prostu przemnożyć ilość kafelków w pionie przez ilość kafelków w poziomie na losowej ścianie losowej łazienki ministerstwa.

Gdyby wyliczenia istniały, to żadne negocjowanie z 10 na 9 nie miałoby miejsca, bo w takiej sytuacji koszty reformy (liczone jako wydatki na reformę w odniesieniu do oszczędności z powodu jej wprowadzenia) diametralnie się podnoszą. Nam za to opowiadano, że reforma, jako wyliczona z aptekarską dokładnością, jest niezbędna jak broń chemiczna Saddamowi.

No i jeszcze drugie pytanie: dlaczego automatycznie kasowane są WSZYSTKIE sądy poniżej 9 (wcześniej 10) sędziów, niezależnie od obciążenia, ilości spraw i pozostałych czynników (oczywiście wyjąwszy bzdurne argumenty, że to centra kultury, że podnoszą rangę miejscowości i tak dalej)? Co więcej, czemu inne sądy mające 11 sędziów (obecnie też 10) mimo wszystko się ostaną mimo, że statystycznie pracują mniej, niż niektóre likwidowane?

W konsekwencji, ale do tego już się przyzwyczailiśmy, reforma staje się celem samym w sobie. Jak zapowiedzieliśmy, to zreformujemy, choćby nie miało to celu i wyszło drożej. Ale reforma będzie. Bo tak powiedzieliśmy, a jak sędziowie-urzędnicy ministerstwa mówią, to mówią. A reformować trzeba, bo nie będzie pracy w ministerstwie.

Obecny frontman MS jest o tyle ciekawą osobą, że kompletnie nie zna się na tym, o czym mówi – w związku z tym musi polegać na doradcach, czyli naszych ulubionych sędziach delegowanych. Tutaj pojawia się pytanie: czy oni opowiadają tak straszliwe dyrdymały, celowo pakując Gowina na pole minowe, czy też są już tak bardzo oderwani? Oczywiście rozwiązanie pośrednie jest również jak najbardziej dopuszczalne.

Każdy bowiem, kto kiedykolwiek był w małym sądzie, wie, że sędziowie funkcyjni jednocześnie pracują jako sędziowie liniowi, co w dużych sądach się nie zdarza. W małym sądzie prezes sądu (a także wice, który przy okazji jest przewodniczącym wydziału) ma normalną wokandę, co najwyżej sądzi jeden dzień w tygodniu mniej, niż pozostali. Inaczej jest w sądach większych, gdzie prezesi i wiceprezesi zajmują się tylko prezesowaniem, czyli produkowaniem i pompowaniem statystyki.

Wyzwaniem godnym radzieckich matematyków jest tutaj, wielokrotnie wspominany, podział Sądu Rejonowego w Lublinie. Po podziale mamy bowiem dwóch prezesów i czterech wiceprezesów zarządzających tym samym sądem. Tyle, że w efekcie w Lublinie sądzi 3 sędziów mniej, jako że szefostwo wokand nie ma (albo ma w znaczeniu czysto statystycznym). Niby sądy należy łączyć, a nasz podzielili. Plan wymyśliła ta sama ekipa w oparciu o te same założenia.

Mamy więc łącznie na sam Lublin 6 etatów mniej – czyli tyle, mniej więcej, ile zyskamy” po reformie dla całego okręgu. Wracamy więc do punktu zero, sprzed 2010. Dodatkowo pojawia się tutaj pytanie: skoro z „dużego” Lublina, zrobiono dwa mniejsze, to po co każdy z prezesów ma tyle samo zastępców, ile miał prezes jednego sądu? Przecież jest mniej do zarządzania.

Tymczasem obaj prezesi, cywiliści, dostali po zastępcy – karniście i po drugim, właśnie cywiliście. Ci z kolei „wiszą” na stanie swoich wydziałów, chociaż nie orzekają, tylko radośnie zajmują się statystyką. Jak się okazuje, nie jest to marnotrawstwo etatów, w przeciwieństwie do prezesa małego sądu, regularnie chodzącego na wokandy i piszącego w weekendy uzasadnienia.

Bizancjum w sądownictwie jednakowoż istnieje. Frontman ma je przed nosem, albowiem cały jego dwór, złożony z licznych sędziów, którzy nie zajmują się sądzeniem, a jedynie polityką, reformowaniem reform, a następnie opracowywwaniem założeń kolejnych reform dążących w przeciwnym kierunku („małe sądy będziemy rozwiązywać, duże sądy będziemy dzielić”) idealnie wpisuje się w to określenie. Nie ma jednak co liczyć na to, że sędziowie delegowani sami się zreformują i albo zajmą się sądzeniem, albo zwolnią etaty sędziowskie i przejdą na etaty urzędnicze, zrzekając się funkcji.

Written by myrialejean

2012/10/08 at 11:07 am

Napisane w Uncategorized