Summum Ius Summa Iniuria

Lubelski sąd jakiego nie znacie

Wirtualny niebyt

5 Komentarzy

Pod ostatnim z wpisów wybuchła dyskusja na temat sądu elektronicznego. Zachęceni mailami, postanowiliśmy poświęcić jeden z tekstów właśnie temu dziwnemu tworowi. Będziemy jednak pisać z trochę innej perspektywy. O ile w komentarzach pojawią się zapewne uwagi odnośnie tego, jak jest, my chcielibyśmy napisać jak nie jest, w dwóch przykładowych aspektach. A więc dzisiaj część pierwsza – dlaczego tego sądu nie ma w Lublinie.

Kiedy podjęto decyzję o tym, iż sąd elektroniczny zostanie umieszczony w Lublinie, w dziesiątkach domów strzeliły korki od szampanów. Lublin, mimo braku zaplecza technicznego, pokonać miał inne, większe i lepsze ośrodki. Odtrąbiono sukces, prasa pisała o miejscach pracy dla absolwentów dwóch uczelni, prestiżu, postępie a także, iż krowy zaczęły dawać więcej mleka.

Pierwotnie niezmąconej radości nie zepsuł nawet fakt, iż sąd, mający obsługiwać całą Polskę, rozpoczął pracę w składzie ledwo przekraczającym dziesięć osób. Po cichu, jak zwykle, liczono na to, że nowinka się nie przyjmie, a inicjatywa będzie raczkować jeszcze długie miesiące, dając szansę na odcinanie od niej kuponów. Akuszerkami porodu były chyba wszystkie liczące się persony miejscowej polityki oraz sądownictwa. Radości nie zepsuł nawet fakt, iż sąd zasadniczo nie ruszył zgodnie z zapowiedziami – a więc 1 stycznia. Problemów była góra, w tym wiele banalnych. Przygotowującym start wydziału nie przyszło bowiem do głowy, że sąd elektroniczny ma mieć jakichś pracowników, którzy potrzebują mebli, działających komputerów, łączy czy też sposobów pozwalających na weryfikację numerów PESEL (podawanych przy zakładaniu kont). Najbardziej złośliwi dzisiaj twierdzą, że była to próba generalna przed przenosinami do Świdnika. Przeprowadzka 2011 poszła już bowiem perfekcyjnie, udało się bowiem zrealizować 100% planu. Wszystko, co tylko mogło zawieść – zawiodło. Odniesiono pełen sukces i oczywiście wypłacono premie.

Ale wróćmy do tematu. Niestety, komunikatów prasowych najwyraźniej nie zrozumieli przyszli petenci sądu. Trzeba naprawdę dużo złej woli, aby słowa prezesa SO w Lublinie oraz ministra Cz., iż sąd gotowy jest na przyjmowanie wniosków odczytać jako gotowość sądu na przyjmowanie wniosków. O ile więc jeszcze przez pierwsze dni można było się oszukiwać, że sytuacja jest przejściowa, o tyle po pierwszych kilkunastu „paczkach pozwów” od firm windykacyjnych i podobnych podmiotów (którą to możliwość ktoś nierozważnie udostępnił) stało się jasne, że ogólnopolskiego wydziału nie da się robić składem, który byłby za mały nawet na produkcję niezależnego kina islandzkiego.

Koniec końców, ministerstwo kilkanaście razy ogłosiło, iż esądowi przyznano nowe etaty. Znowu wszyscy się ucieszyli, prasa napisała o likwidowaniu bezrobocia i korki strzeliły. Tym razem to kury postanowił nieść się częściej.

Tymczasem obecnie należałoby powiedzieć, że w Lublinie znajduje się właściwie sekretariat esądu. Jeżeli bowiem dobrze liczymy, to co najmniej ponad połowa referendarzy, którzy w esądzie orzekają, nigdy w Lublinie nie była. Są to bowiem osoby zatrudnione w innych ośrodkach (tak, właśnie tych dużych, zinformatyzowanych, które „przegrały” wyścig o esąd), pracujące zdalnie i wirtualnie w ramach systemu komputerowego, który esąd obsługuje. Z punktu widzenia publikacji prasowych, owe „etaty”, którymi wielokrotnie się chwalono, opowiadając o szansie dla Lublina i ściany wschodniej, nigdy do Lublina nie trafiły. Za to esąd, który miał „podnosić poziom” lubelskiego rynku pracy, został z pompą uruchomiony w Lublinie, po czym powoli przecieka sobie tam, gdzie jego miejsce.

W tym kontekście bardzo istotne jest pytanie wyartykułowane we wspomnianych komentarzach: po co w ogóle tworzyć akurat w tym wydziale nowe etaty sędziowskie? Czym aż tak bardzo różni się sędzia od referendarza? Dlaczego do esądu można kierować zdalnie dziesiątki referendarzy, za to nie można tam skierować dwóch – trzech sędziów? Czy przypadkiem te etaty nie przydałyby się bardziej w innych wydziałach SR w Lublinie lub w Świdniku?

Oczywiście pewnie żadnego znaczenia nie ma fakt, iż na sędziego w esądzie ostrzy sobie ząbki pewna ledwo spełniająca wymagania żona pewnego wiceprezesa pewnego sądu w Świdniku. Pozdrawiamy Cię, Moniko! 🙂

Reklamy

Written by myrialejean

2011/11/16 @ 12:05 pm

Napisane w Uncategorized

Komentarzy 5

Subscribe to comments with RSS.

  1. „W tym kontekście bardzo istotne jest pytanie wyartykułowane we wspomnianych komentarzach: po co w ogóle tworzyć akurat w tym wydziale nowe etaty sędziowskie? Czym aż tak bardzo różni się sędzia od referendarza?”
    To elementarne mój drogi Watsonie – immunitetem! 😀

    „Dlaczego do esądu można kierować zdalnie dziesiątki referendarzy, za to nie można tam skierować dwóch – trzech sędziów?”
    A dlaczego w innym sądzie – w innej częsci kraju – trzeba było delegować referendarzy z innego sądu do pomocy w WKW tegoż sądu? Dlaczego nie można było użyć miejscowych sędziów?

    „Oczywiście pewnie żadnego znaczenia nie ma fakt, iż na sędziego w esądzie ostrzy sobie ząbki pewna ledwo spełniająca wymagania żona pewnego wiceprezesa pewnego sądu w Świdniku.”
    Łańcuchy (sędziowskie) przeciw orzechom, że się dostanie.

    funfan

    2011/11/16 at 2:32 pm

  2. „ledwie spełniająca” to znaczy jednak spełniająca kryteria. Co do niej macie? Oprócz tego, że jest żoną?

    Karol

    2011/11/17 at 7:55 am

    • Czy to oznacza spełnianie kryteriów, to kwestia dyskusyjna.

      Celem przepisu, który nie pozwala na mianowanie od razu po egzaminie, jest uzyskanie przez kandydata praktyki. Stąd właśnie co najmniej dwuletnie zatrudnienie w charakterze referendarza lub asystenta. Trudno jednak mówić o nabywaniu doświadczenia w sytuacji, gdy większość tego dwuletniego okresu przesiedziało się na zwolnieniu z powodu ciąży i na macierzyńskim.

      Przy asesorach w takich wypadkach uznawano, że do mianowania liczony jest okres faktycznego wykonywania obowiązków, do którego nie wliczano właśnie macierzyńskiego.

      Autorzy zastosowali po prostu kulturalnie niedomówienie 😛

      A robienie kariery dzięki mężowi to wiocha i tyle.

      koleżanka

      2011/11/18 at 10:02 am

      • Czy rzeczywiście przy asesorach wymagano okresu faktycznego wykonywania obowiązków ? Jakoś sobie tego nie przypominam 😦 Pamiętam, że jednakowo traktowano osoby, które orzekały 4 lata i osoby, które przez 2/3 lub 3/4 z tego okresu spędziły na zwolnieniach i urlopach z różnych tytułów. Nie oznacza to, że jestem przeciwko przyrostowi naturalnemu i przeciwdziałaniu niżowi demograficznemu 🙂

        abc32

        2011/11/25 at 7:41 pm

  3. Czytam blog regularnie od dawna i z reguły najpierw nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Ale potem nachodzą mnie smutniejsze refleksje. W każdym razie to co piszecie – świetna rzecz. Powodzenia!

    Marcin Łochowski

    2011/11/25 at 1:43 pm


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: